Źródło:

Umiłowane dzieci Boże! Przekazuję wam pozdrowienie w Panu.

Przed tygodniem rozważaliśmy szczególne powołanie człowieka jako homo Dei - człowieka Bożego, oraz jego powiązanie w Ojcu i Stworzycielu naszym ze wszystkimi dziećmi Bożymi. Człowiek Boży - bratem ludzi! Dzisiaj zacieśnimy zakres naszych rozważań do dziedziny ziemskiej, w jakiej się obracamy.

Jedno z pierwszych przykazań, które usłyszał człowiek jeszcze w raju, miało charakter biologiczny i ekonomiczny: Rośnijcie, mnóżcie się, napełniajcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną (Rdz 1,28). To był początek Bożego prawa. Przykazania Boże, chociaż od początku leżały głęboko w naturze człowieka, sformułowane zostały znacznie później, na Górze Synaj.

W tym pierwszym nakazie Bożym zostało określone prawo i obowiązek pracy. Prawo człowieka do ziemi, do nadawania jej charakteru Bożego, a zarazem prawo pracy: Napełniajcie ziemię, czyńcie ją sobie poddaną - jest jednym z najbardziej podstawowych praw i obowiązków człowieka. Jednakże nie jest ono najważniejsze, mimo iż zostało sformułowane najwcześniej, bo wiemy z Dekalogu, że najważniejsze przykazania to te, które określają stosunek człowieka do Boga: Będziesz miłował...

Utrzymamy się jednak dzisiaj na płaszczyźnie pojęcia homo oeconomicus. Ponieważ określenie: "człowiek ekonomiczny" byłoby dwuznacznikiem, zostaniemy przy określeniu łacińskim, które ma swoją głęboką tradycję w najstarszych pismach starochrześcijańskich.

Gdy mamy przed oczyma tak określonego człowieka, wsłuchajmy się w jego rozmowy z innymi ludźmi, a także w rozmowy ludzi z Chrystusem. Dostrzeżemy w nich również problemy ekonomiczne. Wiemy, że Chrystus rozmnażał chleby dla rzeszy, która Go otaczała. Od trzech dni ludzie trwali przy Nim, wsłuchując się w słowo Boże, świadomi że nie samym chlebem żyje człowiek (Mt 4,4). Jednak odczuwali głód i pragnienie. A wtedy Chrystus odezwał się do uczniów swoich w zagadkowy wprost sposób: Wy im dajcie jeść. - Nie mamy tu nic, prócz pięciu chlebów i dwóch ryb - odpowiedzieli (Mt 14,16-17). Czy to pokusa, czy może pouczenie, że nawet apostoł nie może być obojętny na sprawy bytowe człowieka Bożego!

Chrystus rozmnaża chleby. Ale ten sam Chrystus, podczas słynnego kuszenia na górze, mającego wymiary eschatologiczne w dziejach rodziny ludzkiej, na propozycję kusiciela: Powiedz, aby te kamienie stały się chlebem - ostrzega: Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych (Mt 4,3-4). Opisana przez ewangelistę scena kuszenia Chrystusa, jak i polecenie Stwórcy: Czyńcie sobie ziemię poddaną - świadczą o konieczności zachowania równowagi w dążeniu do dóbr materialnych.

CZŁOWIEK OŚRODKIEM RÓWNOWAGI EKONOMICZNEJ

Na tle rozważań filozoficznych, moralnych, czy ekonomicznych - oczywiście w ujęciu chrześcijańskim - dostrzegamy, że człowiek jest ośrodkiem równowagi ekonomicznej. Człowiek bowiem równa się: ciało i duch. Ciału potrzebny jest chleb, duchowi jest on zbędny. A jednak duch przebywa w określonym ciele. Ogromne znaczenie dla formacji duchowej człowieka ma odpowiednia kondycja ciała. Jednakże w porównaniu: ciało - duch - człowiek, zaznacza się prymat ducha, bo ciało bez chleba umiera, a duch - żyje wiecznie. Dzięki mocy ducha człowiek głodny może wiele wytrzymać. Wiemy to z doświadczeń więziennych, z przeżyć każdego niemal dnia.

Uznając równowagę materialną i duchową, wszyscy myśliciele chrześcijańscy, święci: Augustyn, Bonawentura, Tomasz z Akwinu oraz przedstawiciele katolickiej nauki społecznej, z najwybitniejszym myślicielem współczesnym chrześcijaństwa Maritain'em, powszechnie godzą się na to, że musi istnieć prymat osoby przed rzeczą. Musi więc istnieć również ordo oeconomicus - hierarchia wartości materialnych i ordo caritatis - ład w miłowaniu.

Wartości materialne nie mogą przysłonić człowiekowi całego jego powołania, znaczenia człowieczeństwa, godności osoby ludzkiej. Posługując się wartościami ekonomicznymi musimy pamiętać, że i tutaj istnieje ład, który jest normowany przez zasadę miłości. Zaczynając od najbliższych sobie, zaspokajając potrzeby rodziny, narodu czy państwa, dopiero w dalszym rzucie, kierując się miłością ogólnoludzką, możemy służyć zbywającymi dobrami innym ludom i narodom. Ład w miłowaniu - ordo caritatis wymaga, aby człowiek, który staje na czele jakiejś grupy społecznej i przyjmuje na siebie odpowiedzialność za nią, pamiętał najpierw o obowiązkach wobec dzieci swego narodu, a dopiero w miarę zaspokajania i nasycania najpilniejszych, podstawowych potrzeb własnych obywateli, rozszerzał dążenie do niesienia pomocy na inne ludy i narody, na całą rodzinę ludzką.

Chociaż jest ustanowione prawo i obowiązek pracy: Czyńcie sobie ziemię poddaną - celem pracy ludzkiej jest przede wszystkim sam człowiek. Ten właśnie najbliższy, ten, wobec którego porządek miłości określa dokładnie nasze obowiązki. Poddając się jednak prawu i obowiązkowi pracy, a więc uzależniając się od pracy w dziedzinie materialnej, człowiek nie może dopuścić do ubóstwienia materii i wartości od niej pochodnych. Gdybyśmy w tej chwili cofnęli się w daleką przeszłość, zobaczylibyśmy, że ład wartości materialnych i ład w miłowaniu ma swoje dalekie pochodzenie. Początek obrony człowieka przed rzeczą i zniewolniczeniem go przez materię widzimy już w Prawie Mojżeszowym - jakkolwiek prawnicy i historycy uważają, że nie we wszystkich elementach prawo to jest oryginalne. Pochodzi z doświadczenia ogólnoludzkiego narodów żyjących przed Mojżeszem; a więc i problem omawiany miałby początek jeszcze wcześniejszy. Jednakże dysponując dzisiaj najbardziej autentycznymi przekazami Prawa Mojżeszowego, możemy powiedzieć, że na jego kartach należy szukać wstępu do wszystkich kodeksów pracy.

I Chrystus powoływał się na Prawo Mojżeszowe, i Apostołowie. Widzimy to w listach świętego Pawła, świętego Piotra i Jana, i w niezwykłym wprost manifeście Jakuba apostoła, stanowiącym dalszy ciąg sformułowań zawartych w prawie Mojżeszowym. Bo gdy Jakub w swoim liście apostolskim pisze: Oto woła zapłata robotników, żniwiarzy pól waszych, którą zatrzymaliście, a krzyk ich doszedł do uszu Pana Zastępów (Jk 5,4), to słyszymy w tym i Chrystusowe: Godzien jest robotnik zapłaty swojej (Mt 10,10), i Mojżeszowe: Przed zachodem słońca wypłacisz pracownikowi jego należność, bo z tego żyje on i jego rodzina (Pwt 24,14).

PRAWA CZŁOWIEKA W DZIEDZINIE GOSPODARCZEJ

Wspomnienia przeszłości potwierdzają konieczność równowagi między materią i duchem. Duch nie może być zniewolniczony przez materię. Stąd płyną prawa człowieka w dziedzinie społeczno-gospodarczej. Sformułował je krótko i przypomniał światu współczesnemu papież Jan XXIII w swej encyklice Pacem in terris. Papież Jan mówi: Na mocy prawa naturalnego (jesteśmy przyzwyczajeni raczej do pojęcia prawa przyrodzonego - p.m.) - człowiek może żądać odpowiedniej pracy zarobkowej w swojej własnej społeczności.

Może po tej linii szły również zapowiedzi Karola Marksa w Manifeście, który głosił, że proletariusz nie ma własnej ojczyzny, a pracy musi szukać poza nią. Oby się to nie powtarzało dzisiaj, gdy proletariusz jest we własnej ojczyźnie - jak mówi się powszechnie. Ale przyjmijmy to, że człowiek może żądać odpowiedniej pracy zarobkowej we własnej ojczyźnie. Żądaniu temu odpowiada obowiązek dostarczenia mu we własnej ojczyźnie - a nie gdzie indziej - pracy zarobkowej. Przy czym - jak poucza papież Jan - ma się to łączyć ze swobodą wyboru w jej podejmowaniu. Nie może to być praca narzucona. Nie można wytworzyć takiej sytuacji - jak niekiedy się dzieje przez limit na uczelniach wyższych - że młodzież musi wybierać taki kierunek studiów, jaki jej zainteresowaniom nie odpowiada. Człowiek jako istota rozumna i wolna, rozeznając swoje upodobania i ukierunkowania, musi mieć swobodę wyboru.

Dalej - każdy ma prawo do takich warunków pracy, aby jego siły fizyczne nie słabły, aby nie był przedwcześnie wyniszczony. Nie jest najważniejszą rzeczą, aby człowiek w krótkim czasie wiele zrobił, ale by przez długi czas dobrze pracował. W miarę bowiem przebiegu lat pracy wzrastają jego doświadczenia. Liczne wynalazki zgłoszone przez majstrów, techników i inżynierów świadczą o tym. Są one często wynikiem obserwacji i doświadczeń poczynionych podczas długiego procesu produkcyjnego w warsztacie pracy.

Idzie też i o to, aby człowiek pracował w warunkach godnych, by siły jego fizyczne i moralne nie były wyniszczane, by nie ucierpiała nieskazitelność obyczajów. Idzie więc o to, aby organizacja pracy nie zasługiwała na zarzut Piusa XI (Quadragesimo anno), gdy z warsztatu pracy materia wychodzi uszlachetniona, to człowiek staje się w nim gorszy. Człowiek pracujący nie może też ponosić szkody w dziedzinie swoich obowiązków rodzinnych wobec własnych dzieci.

Łączy się z tym problem pracującej kobiety i jej pozycji społecznej. Na szczęście i w naszej ojczyźnie coraz częściej mówi się o tym w sposób konstruktywny. Dałby Bóg aby skuteczny! Kobietom należy zapewnić możność wykonywania pracy w warunkach zgodnych z ich obowiązkami i potrzebami małżeńskimi, macierzyńskimi i rodzinnymi - mówi encyklika Janowa. Jeżeli więc praca wysoko wykwalifikowanych kobiet jest konieczna, musi ona odbywać się w takich warunkach, aby w wyniku zaangażowania kobiety nie ucierpiało jej najbardziej istotne zadanie: matki i wychowawczyni narodu w rodzinie domowej.

Idąc dalej po linii sformułowań Jana XXIII czytamy w encyklice Pacem in terris, że człowiek ma prawo zajmowania się działalnością gospodarczą, zgodnie z poczuciem odpowiedzialności. Dlatego ważną jest rzeczą, aby w organizacji pracy miał on zagwarantowaną wolność działania rozumnego. Od dawna postulują to wszyscy, którzy zajmują się sprawą bezpieczeństwa pracy i którzy usiłują sformułować tezy dla kodeksów pracy.

Z godności osoby ludzkiej wynika, że pracownikowi należy się płaca ustalona według nakazów sprawiedliwości, a więc także zapłata rodzinna. Problem ten występuje szczególnie ostro tam zwłaszcza, gdzie podaż rąk do pracy jest duża, a zapotrzebowanie na pracę - małe, gdzie wielu ludzi nie ma stałego zatrudnienia. Zapłata rodzinna, o której mówił już Chrystus w swojej przypowieści o robotnikach w winnicy oraz Jakub Apostoł - jest postulatem nowoczesnej polityki społecznej. Widzimy więc, że kierunki rozwojowe polityki współczesnej idą po słusznej linii.

Encyklika porusza również zagadnienie sprawiedliwości zapłaty. Należy uniknąć wielkiej rozpiętości płac, występującej często między płacami na poziomie różnych zjednoczeń a zarobkami na konkretnym odcinku produkcji. Jakże często giganty zjednoczeń przemysłowych, przypominające formy produkcji kapitalistycznej, pożerają zapłatę ludzi pracujących w fabrykach. Bywa i tak, że tam, gdzie praca jest najbardziej wydajna, wytwórcza, użyteczna społecznie i ekonomicznie, tam właśnie zapłata jest najmniejsza. Problem ten był przedmiotem długich sporów społeczno-ekonomicznych i walk klasowych. Aż wreszcie, jak wiemy, przed ostatnią wojną światową prawie we wszystkich państwach, także i w Polsce - doszło do ogłoszenia kodeksu pracy, który unormował nieco te sprawy. W dużym stopniu przyczynił się do tego wysiłek organizacji międzynarodowych, zwłaszcza Organizacji Pracy w Genewie, oraz Kongresu Bezpieczeństwa Pracy, które uchwaliły odpowiednie deklaracje o czasie i warunkach pracy.

W rezultacie już przed wojną państwa w słuszny sposób interweniowały, w życie społeczno-gospodarcze swego kraju, zrywając z nieinterwencjonizmem, który sprzyjał rozwojowi kapitalizmu, a właściwie utrzymaniu ducha kapitalistycznego. Wysiłki te wydały zamierzone owoce, tak że trudno mówić - w ścisłym pojmowaniu tego terminu - o ustrojach kapitalistycznych przed wojną, bo już wtedy ustroje i organizmy gospodarcze wszystkich państw zostały ograniczone przez ustawodawstwo społeczne, ustawodawstwo pracy i kodeksy pracy. Powstała specjalna nauka, którą na katolickim uniwersytecie nazwano socjalistyką, w najszerszym sensie tego wyrazu. Nauka ta miała związek z formowaniem się właściwego kodeksu pracy. Jest to problem nadal jeszcze aktualny. Początkiem swoim sięga on do głębi wolności człowieka i jego rozumności.

Z natury człowieka - mówi encyklika - wypływa również prawo do posiadania własności prywatnej w takim wymiarze, by zabezpieczała ona wolność i godność osoby ludzkiej. Własność prywatna ma także ogromne znaczenie ekonomiczne. Daj człowiekowi skałę na własność, a zamieni ją w ogród - mówi stare przysłowie rosyjskie. Dzisiejszy rozwój budownictwa rodzinnego jest wystarczającym dowodem, że człowiek szuka przestrzeni życiowej dla własnej rodziny. Może to być zagwarantowane jedynie przy minimalnym choćby wymiarze własności prywatnej.

Oczywiście, łączy się to zawsze z obowiązkami społecznymi, ciążącymi na jakiejkolwiek własności. Im ona większa, tym obowiązki społeczne mają szerszy wymiar. Ale współcześnie katolicka nauka społeczna mówi nie tylko o obowiązkach społecznych ciążących na własności materialnej, lecz na każdej własności - na wartościach duchowych, intelektualnych, kulturalnych, którymi człowiek rozporządza i które zdobył żyjąc w społeczeństwie i korzystając z pomocy organizacji społecznych. Te wartości są również własnością społeczną. Nie można więc mówić, że moje wartości kulturalne, moralne czy intelektualne są tylko moją osobistą sprawą. Taki pogląd należy do epoki indywidualizmu filozoficznego i społeczno-ekonomicznego. Są to już czasy minione.

SKUTKI WSZECHWŁADZTWA PRODUKCJONIZMU EKONOMICZNEGO

Zauważamy współcześnie pewnego rodzaju odradzanie się wszechwładztwa ekonomicznego. Oprócz wielu dodatnich przejawów rozwoju życia społeczno-ekonomicznego dostrzegamy również i to, że zwalczony bożek kapitalistyczny pozostawił po sobie jakieś miazmaty, "zagrzybienie" terenowe. Jest niebezpieczeństwo, że jeśli nie sam ustrój kapitalistyczny to może jakiś duch kapitalizmu dochodzi obecnie do głosu. W jakiej sytuacji?

Naprzód wtedy, gdy ogłasza się prymat materii nad duchem, gdy głosi się materializm filozoficzny, ekonomiczny. Dlaczego? Bo wówczas do głosu dochodzi prymat rzeczy nad osobą, co wywraca naturalny porządek rzeczy. Stąd filozofia materialistyczna - jakkolwiek byśmy jej bronili - jest antyhumanistyczna. Natomiast filozofia chrześcijańska, ustanawiająca prymat osoby i wspierana przez teologię, która głosi że Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami (J 1,14) - może obronić człowieka przed nowym wszechwładztwem kapitalistycznego ekonomizmu. Prymat materializmu ekonomicznego grozi zawężeniem horyzontów i dążeń osoby ludzkiej, uboży energie myślowe i twórczość intelektualną, filozofię, literaturę i sztukę. W następstwie czyni jednostronnymi dążenia narodu i przynosi szkodę kulturze narodowej.

Jeden z wybitnych profesorów polskich powrócił niedawno z krajów skandynawskich. Mówił: Niepokoi mnie jedno, że pisma filozoficzne poświęcone badaniom zagadnień kultury mają tak niskie wydania - 200, 300, 500 egzemplarzy. Dlaczego tak się dzieje? Po prostu pisma te nie są czytane, nie ma na nie zapotrzebowania. Nie chciałbym dla mojej ojczyzny takiego zawężenia zainteresowań w dziedzinie filozoficznej, kulturalnej i społecznej, jakie tam dostrzegłem. To jest ogromne niebezpieczeństwo.

Rozmawiałem kiedyś z architektami stolicy. Powiedziałem im: nigdy nie mieliście, panowie, tak olbrzymiej szansy dla stworzenia potężnej architektury polskiej, rodzimej, niezależnej jak dziś. Bo nawet za czasów Juliusza II, Michał Anioł i Bramante nie mieli tak olbrzymich możliwości budownictwa jak wy. Dlaczego więc budujecie nam pudełka. Dlaczego budujecie bezduszne obiekty, które nie przemawiają do nas wcale i świadczą o ubóstwie intelektualnym współczesnej architektury, zamykającej się do wymiarów użytkowności pudełkowej, do ciasnego wnętrza?

Odpowiedzi nie otrzymałem. Myślę, iż taki stan rzeczy jest wynikiem wszechwładztwa ekonomizmu, który sprawia, że człowiek użyteczny produktywnie jest królem, a człowiek użyteczny myślowo, intelektualnie, pracujący w dziedzinie społeczno-moralnej jest niekiedy uważany za pasożyta. Oto jeden ze skutków wszechwładztwa produkcjonizmu ekonomicznego o zabarwieniu materialistycznym, przed czym homo oeconomicus dla uratowania swojej osobowości homo Dei musi się bronić.

Przerost ekonomizmu powoduje także osłabienie wspólnoty rodzinnej. O godzinie szóstej rano jakby piorun trzasnął w ognisko domowe, wszyscy - mąż, żona, dzieci - rozbiegają się. Może Bóg pozwoli, że kiedyś będzie lepiej, że już tego małego Polaka, który jeszcze chodzić nie umie, nie będzie się targać pospiesznie do przedszkola, aby zdążyć na czas do pracy.

Nie jestem lekarzem, ale spotykam się z młodzieżą akademicką i mam z młodymi do czynienia choćby w seminariach duchownych. Muszę przyznać, że nigdy nie mieliśmy tylu najlepszych przecież chłopców tak nerwowo wyczerpanych jak dziś. Skąd to pochodzi? - Powiemy, oczywiście, że ich matki rodziły pod strasznym naciskiem przeżyć powojennych. Można to zaliczyć do przyczyn, ale to nie jest wszystko. Może nareszcie dostrzeże się w pracy kobietę rodzącą - matkę.

Znany jest przykład z Miłosławia - na samym krańcu archidiecezji gnieźnieńskiej. W miasteczku tym żyje kobieta mająca dwadzieścioro dzieci i pracująca zawodowo jako zwykła pracownica fabryczna. Można było w prasie warszawskiej wyczytać, że nawet przewodniczący tamtejszej Rady Narodowej nie zainteresował się, w jakich warunkach mieszka jej rodzina. Gdy w kolejce czekała po chleb - wyśmiewano się z niej. A ona musiała postarać się o żywność, przygotować pożywienie, wysłać dzieci do szkoły i... zdążyć do pracy. Dopiero po wielu debatach przyznano jej rentę specjalną w wysokości zarobków i zwolniono z pracy zawodowej. Ale na to trzeba było wielkiej awantury w prasie całego kraju, bo interwencje w normalnym trybie nic nie pomagały.

Dałby Bóg, aby się to zmieniło! I dałby Bóg, aby kobieta-matka pracująca zawodowo czy naukowo, siedząca przy retortach w laboratorium, podsumowująca kolumny cyfr w księgach buchalteryjnych - wiedziała, że najwspanialszym cudem natury nie jest świat odkrywany w retorcie laboratoryjnej, lecz jej własne maleństwo.

Pokazano mi ulotkę jugosłowiańską. Zamieszczono w niej fotografię dziecka wyjętego z łona matki - jedenasto i półtygodniowego - mającego już regularne kształty anatomiczne człowieka. Czy to nie jest cud? Czy nie jest to - wybaczcie, drogie matki - najwspanialsza fabryka czy laboratorium, którego godności i wartości nic nie przesłoni? To cud Boży, który dzieje się w was. I nikt nie zastąpi was tam właśnie - mówiąc słowami pisarki Rachmanowej - w "fabryce nowych ludzi". A tymczasem wszechwładztwo ekonomizmu produkcyjnego niekiedy wyrywa was z rodzin, zagarniając do pracy niewątpliwie użytecznej, jednakże tym samym wyrywa jakby spod waszych serc nowe życie narodu. A przecież jest jakaś hierarchia wartości!

Idźmy dalej. Wszechwładztwo ekonomizmu rabuje również czas należny człowiekowi Bożemu na oddawanie czci Stwórcy, zubaża jego życie religijne. Pomimo ogólnych tendencji rozwojowych współczesnego życia produkcyjnego do uzyskania pełnej wydajności pracy, zdarza się często, że ktoś, mając jedną posadę, po kilku godzinach urywa się z niej i leci do drugiej czy trzeciej pracy.

Przymusowe roboty niedzielne i świąteczne są także jednym z przejawów ducha kapitalizmu. Pamiętamy, co było, zanim zaczęto myśleć o kodeksach pracy. Kościół bronił świata pracy przez święta katolickie, ale świat kapitalistyczny naciskał na Kościół aby znosił dni świąteczne. Pracowałem przed wojną jako profesor nauk społecznych we Włocławskim Seminarium Duchownym, a jednocześnie byłem kierownikiem Chrześcijańskiego Uniwersytetu Robotniczego. Interesowałem się również sądownictwem pracy. Dostrzegałem wówczas ciekawe zjawisko. Otóż jeden z fabrykantów włocławskich, pochodzenia żydowskiego, zwrócił się do mnie z propozycją. Niech ksiądz wytłumaczy swoim katolikom, aby nie pchali się w niedzielę do roboty, bo oni muszą odpocząć. - A gdy kiedyś przyszedłem do tego samego fabrykanta prosić go o dzień wolny od pracy dla robotników i tłumaczyłem, że mamy święto katolickie, lecz nie jest ono uwzględnione w kalendarzu państwowym, odpowiedział: Ja nie przeszkadzam im, nich się modlą. I ja zarobię, i oni zarobią. - Był Żydem... Nazwisko jego dotąd pamiętam.

Jakże inaczej wygląda to dzisiaj! Przyznam się, że gdy ogłoszono w Warszawie w jedną z niedziel jesiennych generalny apel do członków partii, aby stanęli do budowania Wisłostrady, wystąpiłem z depeszą do pierwszego sekretarza partii. Prosiłem go ze względów religijnych, społecznych i humanistycznych, aby się tym zainteresował i aby miasta, które wymagają społecznego odpoczynku, nie zamieniano w obóz pracy. Prosiłem też, aby to, co wywalczył świat robotniczy - wolność od pracy w niedzielę i święta - nie niszczył rząd robotniczy, zmuszając ludzi przez "dobrowolne zobowiązania" do pracy wtedy nawet, gdy rodzice i dzieci mają jedyną okazję spotkać się razem i pobyć przynajmniej raz w tygodniu w domu rodzinnym.

Ewolucja społeczno-ekonomiczna w świecie idzie w innym kierunku. Może to, co usłyszeliśmy wczoraj, jest zapowiedzią lepszych czasów, gdy i w Polsce będą dni wolne od pracy, bez obowiązku odpracowywania, który jest też z ducha kapitalistycznego. Powiecie dziś może: cóż to, prymas zamienił się w jakiegoś komunistę? - nie, ja jestem chrześcijańskim myślicielem społecznym, zajmującym się od dziesiątek lat tymi problemami. Od czterdziestu lat pracuję w tej właśnie dziedzinie naukowej i z zainteresowaniem śledzę rozwój polityki społecznej. Dlatego zdając sobie sprawę z sytuacji, lękam się, aby nie odrodził się u nas duch kapitalizmu, aby ustrój demokratyczny nie rządził się duchem kapitalistycznym, gdyż wówczas zepchnęłoby się człowieka na pozycję robota i oceniałoby się go tylko od strony jego zdolności produkcyjnej.

Okropny jest język produkcjonizmu. Właściwie nic innego obecnie nie słyszymy, tylko o produkcji i o produkcji - bez przerwy. Gdy przed wojną narzekaliśmy na "klęskę urodzaju", nie wiedząc co z naszym zbożem zrobić i gdzie go sprzedać, dzisiaj produkując w nieskończoność i wszystkiego mając w bród, słyszymy, że musimy jeszcze za ileś tam milionów kupić zboża u kapitalistów. (!)

Pod wpływem frazeologii wszechwładztwa ekonomizmu nastąpiło zacieśnienie zainteresowań człowieka. Prymat przed osobą ludzką zdobyła sobie materia. Osłabiło się wspólnotę rodzinną, rabuje się prawa człowieka do Boga, spycha się go na pozycję robota. Trzeba się przed tym bronić.

Niebezpieczeństwo odrodzenia się ducha kapitalizmu wypływa z ubóstwienia materii i produkcji. Jest skutkiem tak zwanej filozofii materialistycznej - chociaż trudno mówić o filozofii materialistycznej, egzystencjalnej, bo filozofia zajmuje się wielkimi sprawami, myśli per suprema principia, a nie poprzez śmietniki. Ubóstwienie materii i produkcji rodzi ideał konsumpcyjny, żądzę bogacenia się, walkę konkurencyjną, a wreszcie doprowadza do deprecjacji człowieka.

PRAGNIEMY UCHRONIĆ OJCZYZNĘ NASZĄ OD NAWROTU DUCHA KAPITALISTYCZNEGO

Pragnęlibyśmy ojczyznę naszą uwolnić od koszmaru nawrotu ducha kapitalistycznego, bo miał on swoje wielkie obciążenia moralne. Nie trzeba myśleć, że Kościół sprzyjał kapitalizmowi. Najlepszym świadectwem są wszystkie encykliki społeczne, nie tylko Leona XIII, Piusa XI czy Piusa XII, lecz chociażby ta, na którą się powołuję - Jana XXIII Pacem in terris i wcześniejsza Mater et Magistra. Kościół zawsze lękał się przerostu władania materii nad duchem i zawsze powtarzał za Chrystusem: Nie samym chlebem żyje człowiek, ale wszelkim słowem, które pochodzi z ust Boga (Mt 4,4). Zawsze przypomina, że Słowo ciałem się stało i żywi człowieka Bożym Ciałem.

Nasza ojczyzna - ciągle to powtarzam - jest zamieszkała przez naród wybitnie kulturalny. Jesteśmy indywidualistami, to prawda, ale świadczy to o naszych szerokich zainteresowaniach kulturalnych. Mamy więc do czynienia z narodem uzdolnionym - jakkolwiek nie brak wśród nas ludzi, którzy marnują swoje talenty i zdolności. Stać nas na to, abyśmy model współczesnego życia wypracowali samodzielnie, nie oglądając się ani na prawo, ani na lewo. Mamy ogromne bogactwo elementów naszej rodzimej kultury narodowej, moralnej, społecznej, tak że jest z czego tworzyć styl życia odpowiadający potrzebom naszego narodu, abyśmy czyniąc sobie ziemię poddaną, nie ubóstwili materii. Bo gdy ubóstwimy materię, wtedy będzie nam wszystkiego brak. A gdy duch będzie rządził materią, dopiero wówczas będzie pełna autonomia, nawet i gospodarcza, w skomplikowanym współczesnym świecie.

O to jedno modlimy się, aby Duch Boży i ludzie do tego powołani uchronili naszą ojczyznę od największego niebezpieczeństwa - ubóstwienia materii. Wiemy, że prowadząc olbrzymią pracę i mając niewątpliwe osiągnięcia, ujawniają oni intencje coraz to trzeźwiejsze i przytomniejsze.

Jednakże pamiętajmy wszyscy, że najważniejszą wartością w ojczyźnie naszej jest człowiek. Ten pod sercem matki i ten na urzędzie; ten na roli, w warsztacie pracy i ten na katedrze profesorskiej, rzemieślnik, murarz, architekt, inżynier i naukowiec! Oni są największą wartością narodu. To naród ma służyć obywatelowi! Całe życie gospodarcze ma służyć człowiekowi, aby nie było zniewolniczenia człowieka, bo z niewolników nie ma pracowników.

To mówi wam prymas Polski, uważając za swój moralny obowiązek powiedzieć całą prawdę.

Zakończę swoje rozważania pokorną prośbą, która jest czytana w dzisiejszej liturgii słowa, zaczerpniętej z Księgi Izajasza, rozdział 62. Słowa te są zarazem apelem do was i przypomnieniem mojego obowiązku: Przez wzgląd na Syjon nie umilknę, przez wzgląd na Jerozolimę nie spocznę, dopóki jej sprawiedliwość nie błyśnie jak zorza i zbawienie jej nie zapłonie jak pochodnia. Wówczas narody ujrzą twą sprawiedliwość i chwałę twoją wszyscy królowie. I nazwą cię nowym imieniem, które usta Pana oznacza. Będziesz prześliczną koroną w rękach Pana, królewskim diademem w dłoni twego Boga. Nie będą więcej mówić o tobie «Porzucona», o krainie twej już nie powiedzą «Spustoszona». Raczej cię nazwą «Moje w niej upodobanie», a krainę twoją «Poślubiona». Albowiem spodobałaś się Panu i twoja kraina otrzyma męża. Bo jak młodzieniec poślubia dziewicę, tak twój Budowniczy ciebie poślubi i jak oblubieniec weseli się z oblubienicy, tak Bóg twój tobą się rozraduje... moja ojczyzno...

POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ POWRÓT DO MENU NAUCZANIE HOMILIE